piątek, 5 maja 2017

2

muzyka

Każdy z nas czegoś w swoim życiu żałuje . Jakiejś decyzji, jakiegoś popełnionego błędu, jakiejś drobnostki. Czy możemy się za to nienawidzić? Możemy. Nie ma w tym nic dziwnego, taka jest kolej rzeczy. To tak jak z życiem, rodzisz się i umierasz. Kiedyś podjęłam jedną złą decyzję. Jeden zły wybór. Przez niego zmieniło się moje życie. Może teraz gdybym już wiedziała jak to się skończy, zdążyłabym odsunąć od siebie propozycję i chęć zażycia białego proszku.
Może gdybym tego nie zrobiła, nie zaczęłabym się staczać, może nigdy bym nie zaznała jak to jest spać na ulicy, choć ma się dom kilkaset kilometrów przed sobą. Może nie zrezygnowałabym z starych przyjaźni na rzecz tych, po których na ciele pozostały mi tylko białe blizny i nie upadłabym jeszcze niżej. Zmienić jedną małą rzeczy i obserwować efekt motyla. Może gdybym wtedy odsunęła saszetkę, nie wylądowałabym na odwyku zorganizowanym przez matkę w domu, nie zaznałabym głodu narkotykowego, może nawet dalej bym tańczyła?
Tak... taniec był wszystkim co utrzymywało mnie przy życiu przez bardzo, bardzo długi czas. Dlatego mieszając łyżeczką w prawie rozpuszczonych już lodach moje zaskoczenie spowodowało niekontrolowany wymach dłonią. Robiąc na złość Lili, skopałam poplamiony koc na ziemię czekając, aż mój rozmówca da za wygraną i przerwie sygnał połączenia.
Oprzytomniałam i odłożyłam pudełko po lodach wyciszając telewizor z jakimś tandetnym wywiadem. Sygnał ponownie rozszedł się po mieszkaniu, niezadowolona kotka przeszła z pogardą obok dzwoniącego urządzenia i schowała się w sąsiednim pokoju.
-Dzięki, że zostawiasz mnie samą- wymamrotałam przesuwając palcem po ekranie.
Po drugiej stronie było dosyć głośno, ale po chwili wszystko ucichło. Niewątpliwie wszedł do innego pomieszczenia.
-Krisy, jak się czujesz?
Nie odpowiedziałam, bardziej byłam zaskoczona tym, że w ogóle do mnie zadzwonił. Wstałam podchodząc do okna wychodzącego na drogę. Po ulicy sunęły sporadycznie jakieś auta, jakiś rowerzysta, kilka pieszych z psami... nic nadzwyczajnego, a zarazem miałam wrażenie, że ta rozmowa to jedna z tych decyzji, która może coś zmienić, bardziej niż inne. Przygryzłam dolną wargę tocząc zaciętą bitwę wewnątrz siebie.
-Jesteś tam?
-Jestem- uchyliłam opadającą firankę, na pięknym niebie zaczęły pojawiać się ciemne deszczowe chmury- coś się stało Matt?
-Jesteś- wypuścił z ulgą powietrze.
-Tak, coś się stało?
Zaczęło padać, na początku powoli, a potem ulewa rozpętała się na dobre. Po drugiej stronie ulicy stał jakiś staruszek, czekał. Ubrany na czarno, z garstką białych włosów na czubku głowy, dygoczący delikatnie. Pociągnęłam za nitkę wychodzącą z materiału.
-Potrzebujemy jednej osoby do występu, zastanawiałem się...- przerwa, zaczęłam liczyć jego oddechy, staruszek dalej tam stał, bez parasola- zastanawiam się czy chciałabyś się dołączyć tak jak kiedyś. - Odwróciłam się od mężczyzny.- Jeden występ Krisy, jest dość ważny zleceniodawca.
-Nie wiem czy jeszcze potrafię- obeszłam dookoła kanapę, zaczesując włosy do tyłu.
Mieszkanie jak zwykle było jasne, delikatne kolory na ścianach, białe, bądź drewniane meble, dużo kwitów. Tutaj czułam się bezpiecznie, nadal tańczyłam, ale tylko dla siebie.... tylko tutaj. Lili wyjrzała zza framugi drzwi.
-Potrafisz Kriss, w całej swojej trenerskiej karierze nie miałem lepszej artystki- zaśmiałam się sarkastycznie- nie, nie mówię tego teraz by ciebie przekonać, taka jest prawda.
Ruszyłam ponownie w stronę okna. Staruszka nie było, ale z miejsca w którym stał zaczął odjeżdżać samochód. Mignęła mi kępka białych włosów w tylnej szybie pasażera. Odjechał.
-Trening zaczynamy od jutra, bądź na 6 rano, mamy niecałe dwa tygodnie, choreografia już jest.
Nie odpowiedziałam nic, po prostu się rozłączyłam. Rzuciłam telefon na poplamiony koc i jak małe dziecko oblizałam zanurzony w lodach palec. Czy ja aby na pewno jeszcze się do tego nadaję? Minął rok od kiedy ostatni raz profesjonalnie do tego podchodziłam. 
Odbicie w lustrze nie popierało tej decyzji tak samo jak i głowa, ale dusza się wyrywa. Stanęłam bokiem i wciągnęłam brzuch. Czy ja w ogóle zmieszczę się w stary strój?
-Wkopałam się Lili... jak zawsze.
Opadłam na kanapę z chęcią obejrzenia czegoś tak dennego i absurdalnego, że decyzja o występie będzie wydawała się w miarę ludzką rzeczą. Ponownie ochlapałam koc widząc na ekranie znajomą twarz.
-Stąd kojarzyłam tego sukinsyna! - Wskazałam na telewizor łyżeczką tak, aby Lili zrozumiała o kogo mi chodzi. -Ten tutaj widzisz, to gościu spod klubu.
Gdyby ktoś filmował moje życie w domu mógłby się uśmiać. Moje rozmowy z kotem schodziły naprawdę do dziwnych tematów, a co lepsze zawsze wierzyłam, że Lili wszystko rozumie. Nawet kiedy wlepiała we mnie pusty, niedorozwinięty wzrok.
Obserwowałam jak osoby poruszały bez wdzięcznie ustami, zbyt leniwa, aby włączyć dźwięk. Andreas Wellinger. No proszę.
Siedział przede mną z purpurowym sińcem pod okiem, gestykulował rzucając w dziennikarzy i aparaty swój uśmiech. Niebieskie oczy przeskakiwały z jednej dziennikarki na drugą zatrzymując się nieco dłużej na tych bardziej urodziwych. Podeszłam do monitora i wbiłam palec w jego czoło licząc na to, że poczuje ten pstryczek gdziekolwiek teraz udziela wywiadu. Zaczesał włosy roztrzepując je jeszcze bardziej, aby przykuć tym jeszcze bardziej uwagę innych.
-Pieprzona gwiazda... wystarczył jeden dobry sezon, a potrafią zapomnieć o tym co działo się rok czy dwa lata temu. Lili gdzie zgubiłaś pilota?! Przełączamy, przynieś ciastka z kuchni jeśli możesz.
Kot jedynie pomachał ogonem, skulił się i położył zwinięty w kłębek. Westchnęłam, sama ruszając po torbę od sąsiadki z dołu. Wracając ostatni raz przed przełączeniem spojrzałam w błękitne tęczówki na ekranie.
-Nie... to nie z telewizji ciebie kojarzę.

I choć dla wielu to szok i ból
I wszyscy wokół marzą o tym żeby nie wyszło
Już czułem ten mrok i chłód
I co by się nie działo zawsze musiałem wybrnąć
Już chyba zapomniałam dlaczego tak bardzo nienawidziłam codziennych treningów. 5:30 to nie najlepsza godzina dla ludzi mojego pokroju. Właśnie biegłam na autobus z ciężką torbą, kiedy usłyszałam sygnał dochodzącej wiadomości.
Mam nadzieję, że u ciebie wszystko, ok. Odezwij się, mama.
Prychnęłam, wiem, że w Stanach jest zupełnie inna godzina, ale mogłaby się czasami bardziej postarać. Wsiadłam do pojazdu komunikacji miejskiej próbując złapać oddech. Za oknem drzewa zlewały się w plamy, a sama droga stała się dość burzliwa przez nierówne ulice. 
Moja dawna szkoła tańca dalej przykuwała uwagę na jednej z głównych ulic. Ogromny budynek, z pokaźnym wejściem i kolumienkami. Przeskakiwałam po dwa schodki prowadzące do drzwi, by po kilku sekundach znaleźć się w przestronnym pomieszczeniu z recepcją na czele.
-Hej- pomachałam do nieznajomej brunetki, sprawdzając jej plakietkę. Spięła się na mój gest i wyraźnie wyprostowała- Amanda, tak? Jest może Deivid? 
-Ktoś mnie wzywał?
Nawet nie wiem skąd się pojawił, stanął za blatem dopiero po chwili orientując się kto przed nim stoi. Blondyn zamrugał kilka razy teatralnie przecierając oczy.
-Amando... mogłabyś mnie uszczypnąć? Chyba widzę umarłą. - Nie mogłam się powstrzymać i nachyliłam się, aby sięgnąć do jego czoła. -Ała! To boli! 
-Nie udawaj. Dzwonił Matt, wiesz gdzie go znajdę?
-Przychodzisz po roku milczenia- machnął ręką, abym poszła za nim- i jedyne co robisz to dajesz mi pstryczka w czoło? Gdzie jest Matt, gdzie jest Matt- uniósł ręce do góry, bezradnie wymachując nimi pokazując swoje oburzenie. - A ja to co? Nie dawałaś znaku życia, Krisy martwiłem się, przepadłaś jak woda w kamień...
-Woda w kamień powiadasz? - skręciliśmy w lewo po czym otworzył przede mną pierwsze drzwi, w środku krzątał się wysoki mężczyzna. Przyłożyłam wargi do policzka Deivida- Dziękuję, też tęskniłam.
Uśmiechnął się, potargał moje włosy i po prostu odszedł. Przez chwilę jeszcze spoglądałam jak idzie wolnym krokiem, podgwizdując cicho pod nosem. 
-A ja? Co dostanę na powitanie? - podskoczyłam zaskoczona jego dotykiem, po policzku przesunął szorstki zarost.
-Nic, konkretnego.

  I nawet jak los to wróg
I nieraz nawet w najgorętszych miejscach jest zimno
Musiałem dać krok na przód
Reszta grupy dotarła niedługo po mnie, byli młodsi, albo w moim wieku. Łącznie była nas dwunastka, usiedliśmy wokół Matta.
-Znalazłem brakującą osobę, mam nadzieję, że ciepło przyjmiecie Krisy- pomachałam do niektórych co spotkało się z ich uśmiechami- występ będzie za 10 dni, mamy tylko 10 dni, aby się synchronizować i opanować całą choreografię. Mam nadzieję, że mogę na was wszystkich liczyć. Występujemy dla sportowców z okazji rozpoczęcia zimowego sezonu. Jakieś pytania ?
Tylko jedna ręka poderwała się ku górze, zauważyłam przewrót oczami chłopaka z naprzeciwka. Zaśmiałam się cichutko. 
-Nasza szkoła szczyci się naprawdę wysokim poziomem- dziewczyna wpatrywała się w Matta niczym w boga- dziwię się, że poniektórzy dostają się tutaj od tak. Czy to sprawiedliwe względem nas wszystkich, którzy musieli przechodzić eliminacje ? 
Dopiero po chwili oprzytomniałam zdając sobie sprawę, że było to skierowane w moją stronę. Długonoga blondynka zatrzepotała rzęsami wbijając we mnie jadowity wzrok. Na moje oko była o jakieś 3 lata młodsza, ewidentnie chodziła jeszcze do szkoły średniej.
-Nicole, zapewniam cię, że Krisy ma wystarczające kwalifikację na tą szkołę. Już kiedyś tu uczęszczała, więc nie widzę większego problemu. Poza tym jest moją dobrą przyjaciółką i zgodziła się nam pomóc.- Brwi niejakiej Nicole podeszły wyraźnie do góry. - Koniec rozmów zaczynamy krótką rozgrzewkę i zabieramy się za trening.
Zaczęłam dokładnie rozgrzewać i rozciągać wszystkie stawy. Przyglądając się całej grupie. Wszyscy wydawali się bardzo dobrze znać, rozmawiali, śmiali się, jedynie wścibska blondynka stała sama idealnie na widoku Matta. Prychnęłam.
-Nie przejmuj się nią, ona już taka jest. Nienawidzi każdej dziewczyny, bo myśli, że zmniejszają się jej szanse na poderwanie trenera.
-Właśnie widzę, nie ma szans- usiadłam rozciągając nogi.
-Dlaczego tak uważasz?
-Bo znam Matta trochę dłużej niż ona- zrobił to samo... usiadł i spoglądał na nędznie starającą się Nicole- Krisy.
-Oliver.
Zaczęliśmy trening. Matt nie był pobłażliwy, wyciskał z nas siódme poty. Krok po kroku szlifowaliśmy kolejne partie tańca, co chwila wymieniając się miejscami, łącząc się w pary niczym w tangu, aby przejść w nowoczesne kroki.
-Dobra chwila przerwy!
Zaśmiałam się na pomruki radości. Starłam ręcznikiem pot z czoła i przyłożyłam butelkę z wodą do ust. 
-Matt!- odwrócił się z uśmiecham w moją stronę- mam pewien pomysł. Może w momencie przejścia zrównoważyć poziomy?
Matt wprowadził moją propozycję w choreografię, co oczywiście spotkało z komentarzem Nicole, ale patrząc na przedrzeźniającego ją Olivera, musiałam stłamsić śmiech.
Po skończonym treningu, przebrana i po prysznicu usiadłam na ławce w szatni. Dopiero teraz dotarło do mnie jak bardzo mi tego brakowało, tego niesamowitego wysiłku, wysiłku ponad siły. Odchyliłam głowę do tyłu rozkoszując się tą chwilą. Odtwarzałam w myślach każdy krok, Matt się postarał naprawdę.
Przeklęłam w myślach odnajdując jak najszybciej chusteczkę. Nie, nie, nie , nie , nie... tylko nie znowu. Przyłożyłam ją do nosa starając się opanować krwotok. Jedna chusteczka, druga... upewniłam się w lustrze czy nie ma niczego widać i po kilku głębszych wdechach wyszłam. To nie może zacząć się od początku.

  Dla wielu to szok i ból
I nieraz pozostaje Ci już tylko krzyk z gardła
--------------
Nie jestem pewna co do długości, czy taka Wam odpowiada? Chodzi mi tu głównie czy nie za dużo.



poniedziałek, 17 kwietnia 2017

1

-Krisy dawno cię tu nie było.
Reakcja mojego ciała była natychmiastowa, wszystkie mięśnie się napięły, a żyły transportujące krew zawęziły. Puls przyspieszył. Wiedziałam, że był to najgłupszy pomysł na świecie, aby tu przychodzić. Mentalnie wymierzyłam sobie siarczystego policzka.
-Widzisz Jack, tak się jakoś złożyło, że nie było mi tu po drodze.
Wzrok padł na wysokiego szatyna, który górował nade mną nawet kiedy siedziałam na wysokim barowym krześle. Muzyka zagłuszała mój głos, ale nie przejmowałam się tym. Obserwowałam jak kolorowe światła odbijają się od jego mocno wyrysowanej twarzy. Ciemne tęczówki gubiące swój kolor w mroku iskrzyły się z nieodgadnionym wyrazem. Zrobił krok w moją stronę na co od razu wzdrygnęłam ciałem.
-Krisy chyba się mnie nie boisz co? Mam coś co może cię zainteresować- wyciągnął delikatnie zza kurtki przezroczystą torebkę. Zacisnęłam pięści ujrzawszy biały proszek, który wypełniał ją do połowy - dla ciebie za darmo.
-Nie...
Na szczęście potrafię bardzo postawić na swoim i już po kilkunastu minutach czułam jak narkotyk rozchodzi się po moim organizmie. Jak powolnie rozprowadza po płucach, aby przeniknąć w żyły i uderzyć w serce, które przepompuje substancję z krwią do mózgu. Brawo Krisy.
Nie za bardzo pamiętałam jak długo przebywałam w dusznym klubie, jak długo tańczyłam ocierając się o spocone ciała, jak długo wdychałam zapach potu zmieszanego z imprezowym dymem i alkoholem, ani nie pamiętam jak znalazłam się na zewnątrz. 
Jedyne czego byłam pewna to wirującego granatu na niebie, choć wydawało się to dość dziwne skoro kolor obejmował całe sklepienie. Nie było gwiazd, nie było wiatru, ale czuć było nadciągającą nawałnicę. Wdychałam mroźne powietrze próbując z całych sił zakończyć tuczący się po głowie huk. Raz za razem coś od środka próbowało rozebrać mi czaszkę na części, a ja z całych sił próbowałam utrzymać ją w jednym kawałku.
Nie mam pojęcia gdzie w tej chwili był Jack, ale po dłuższych namysłach przy opieraniu się o ścianę klubu cieszyła mnie ta niewiedza.
-Po prostu musisz wziąć kilka głębszych wdechów i jakoś wrócić do domu. 
Taksówka odpadała, nie miałam na nią pieniędzy, nie byłam nawet pewna czy stać mnie na bilet autobusowy. Czy w ogóle jakikolwiek kursuje o tej godzinie? Zorientowałam się jak stoję z czasem 3:58 mogło być gorzej, ale z powodu pory roku nie prędko zrobi się jasno, gdyby tak było mogłabym iść na pieszo.
-Odbiło tobie, odpieprz się ode mnie!
-Andi nie mówisz chyba poważnie!
-Niby czemu... kim ty właściwie jesteś Alex? No kim? Jesteś nikim, nic nie wartym śmieciem, dziewczyną na jeden wieczór, jedną noc. 
Znaleźli się tuż obok, nawet nie zwracając na mnie uwagi. Wglądali jak para kłócących się z sobą o najlepszy kawałek mięsa jaszczurek. Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie widzianego tak niedawno filmiku z ową walką. Czy jaszczurki są chociaż mięsożerne? Szybko porzuciłam pytanie kiedy krzyki dalej dochodziły do moich uszu pomimo dłoni, które do nich przylegały.
-Więc byłam kimś kim zwyczajnie mogłeś się zabawić?! Poważnie!
-Tak! Nie udawaj, że o tym nie wiedziałaś kiedy wskakiwałaś mi do łóżka!
-Ja tobie?! Słyszysz siebie Wellinger?!
-Błagam czy możecie kłócić się jakoś tak, no nie wiem... - rozłożyłam bezradnie ręce zwracając na siebie ich uwagę- ciszej?
Oboje odwrócili się w moją stronę. Dopiero teraz mogłam im się przypatrzeć.
Kobieta była śliczną osóbką z pięknymi, długimi blond włosami, które były pofalowane łagodnie po same końce. Jej złota cera biła blaskiem, a figura przykuwała pewnie wzrok nie jednego faceta. Nawet ja poczułam do niej swego rodzaju pociąg, choć nie byłam pewna czy nie jest to przypadkiem efekt znajdujących się we mnie resztek narkotyku. Z jej ciemnych oczu spływały łzy, tworząc ścieżki na zaróżowionych policzkach, kiedy wbijała wzrok w towarzysza.
Chłopak zaś wbił ręce w kieszenie spodni, wydawał się dziwnie znajomy, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. Był wysoki i jestem w stu procentach pewna, że gdybym stanęła przy nim sięgałabym mu najwyżej do ramion. Co prawda byłaby i w tym zasługa moich marnych 160 centymetrów, ale nie zmieniało to faktu, że znacznie górował. Włosy miał zaczesane do tyłu, jednak pomimo odrobiny żelu układały się w typowy "artystyczny" nieład.
Moje skupienie na ich wyglądzie nie trwało za długo. Przeskanowałam każde z osobna od góry do dołu i odwrotnie rejestrując ich milczenie.
-Dziękuję.
Nie odpowiedzieli, chłopak przyglądał mi się z zaskoczeniem jakby zobaczył nieżyjącą od lat siostrę, a dziewczyna jedynie spuściła spojrzenie. Wbrew stanowi jaki mnie ogarniał zrobiło mi się jej żal. Nawet alkohol, który dalej rozsadzał mi czaszkę pozwolił zrozumieć sens ich kłótni. Oderwana od ściany stanęłam naprzeciw nieznajomego. 
Wypalał w moim ciele żarzące dziury i miałam nieprzyjemne wrażenie, jakby staczał w myślach jakąś zaciekłą bitwę. Jego ściągnięte brwi ukazywał jego irytację jakimś nieokreślonym faktem. Bez przeszkód poderwałam rękę ku górze i zamachnęłam się z całej siły. Kostki zaciśniętej dłoni zetknęły się z jego twarzą tuż pod lewym okiem. Włożyłam w to tyle energii na ile w tym momencie było mnie stać, mając nadzieję na wybicie mu takiego zachowania z głowy.
-Suka.
Wyprostował głowę ponownie zwracając ją w moim kierunku, kiedy uderzyłam go w to samo miejsce drugi raz.
-A teraz jeśli będziesz tak uprzejmy odpieprzyć się od mojej przyjaciółki.
Nigdy nie byłam dobra w dogryzaniu ludziom, niestety w mojej naturze leżała uprzejmość, nawet względem najgorszych wrogów, co niekiedy szło na moją niekorzyść.  
Chwyciłam za dłoń nieznajomą i pociągnęłam w stronę szosy. Nie chciałam jeszcze bardziej się pogrążać brakiem umiejętności obronny innych.
-Wybacz, że... jakby to ująć... starałam się przepraszam.
-Alex- podała swoje imię wybuchając smutnym śmiechem- to było idealne, nie wiem jak ci dziękować.
Posłałam jej słaby uśmiech przypominając sobie, że jest 4 nad ranem, a do domu mam kilka ładnych kilometrów. Jasnowłosa odczytała jakoś moje myśli i oznajmiła, że zadzwoni po taksówkę. Nie miałam martwić się kosztami, bo za poetycki ratunek opłaci każdą cenę. Polubiłam ją. Kiedy taksówkarz wysadził mnie pod mieszkaniem, wymieniłyśmy numery obiecując sobie kiedyś wyjście na kawę. 


Klaun stoi na ulicy, próbując się uśmiechnąć
Myśli o domu, w którym stoi pusta wanna




Z wielką niechęcią wdrapując się na szczyt schodów kamienicy dotarłam pod właściwe drzwi. Starałam się znaleźć klucze, ale po przeszukaniu każdej możliwej kieszeni byłam pewna, że je zgubiłam. Wiedziałam o zapasowej parze u sąsiadki z niższego piętra, ale szczerze wątpiłam, aby staruszka nie spała o 5  rano. Zmordowana usiadłam na jednym z stopni zaczesując włosy do tyłu. Postanowiłam jakoś przeczekać godzinę, dwie i wtedy do niej zadzwonić.
Powoli zaczynałam zapominać o wydarzeniach sprzed godziny, odpływałam pragnąć zamazać, każdy możliwy szczegół wieczora. Dygoczące dłonie zaczynały powoli irytować swoim zachowaniem i choćbym nie wiem jak bardzo usiłowała, nie potrafiłam ich zatrzymać. Strach zaczynał wypełniać komórki tworzące ciało, a szkielet wydawał się być słaby, jakby pomimo podtrzymujących go mięśni miał się skruszyć i rozpaść. 
Dawałam sobie radę już tak długo ... nie, nie dawałaś, idiotka!
Jedyne czego teraz potrzebowałam to chwili spokoju, odpoczynku i zimnego prysznica. O pierwsze nie musiałam się martwić. Mieszkałam w cichej okolicy z malutkim ogródkiem mieszkańców naszej kamienicy, który znajdował się tuż przed wejściem. Stare mury zbudowane z czerwonej cegły dawały przyjemny chłód na klatce schodowej w której, aż roiło się od soczyście zielonych roślin. 
Po wystarczającej ilości czasu wstałam otrzepując spodnie i ruszyłam w dół do sąsiadki. Pani Mauriz zapewniała, że rozumie sytuację i nie miałam przejmować się wczesną godziną. Szybko ruszyła do kuchni, a kiedy wróciła wręczyła mi zapasowe klucze do klatki i mieszkania na jednym kółeczku. Podała również małą papierową torebkę z niespodzianką na nowy dzień. Uśmiechnęłam się do staruszki, podziękowałam uprzejmie, jeszcze raz przeprosiłam za kłopot i jak najszybciej wróciłam na swoje piętro. 
Już w drzwiach przywitała mnie Lili delikatnie ocierając się o moje nogi. Podrapałam kotkę za uchem i podeszłam do blatu w otwartej kuchni. Nalałam jej świeżej wody i wsypałam trochę karmy, następnie uchyliłam okno balkonowe.
Mieszkanie miałam na samej górze, było jasne z wysokim sufitem. Długie, stare okiennice pozwalały wpadać do środka porannym promieniom.  Należałam do tych dziewczyn, które uwielbiały kwiaty, więc byłam w posiadaniu małej mieszkalnej "dżungli", jednak każdy z gatunków winorośli należał do tych najmniej wymagających. Kochałam to miejsce. 
Postanowiłam wziąć kąpiel i przebrać się w jakieś czyste ciuchy, usiąść z dobrą książką i ciepłą herbatą całkowicie zapominając o wieczornej imprezie. Tak też zrobiłam. 
Ostatni raz Krisy... nigdy więcej, żadnych imprez.... nigdy!
Klaun stoi na ulicy, myśląc o swojej wannie - 
Mistrzu wybaczania, mistrzu zbrodni 
Szanujmy nasze wanny za wszystko, czym są,
Ponieważ widzą rzeczy, których nie chcą widzieć 





piątek, 31 marca 2017

Prolog



Czuję bolesny skurcz serca, lecz staram się go ignorować, lecz kurwa mi to nie wychodzi. Widzę jak podchodzi do barierki i pochyla się nad nią opierając o zimny metal dłonie. Wbiłam się głębiej w róg kanapy biorąc, w płuca dodatkową dawkę tlenu. Mróz rozsadza mnie ode wewnątrz.
Wystawia tułów za wyznaczoną granicę i spogląda w dół. Mam wrażenie, że zaraz postawi nogi na cieńszych rurkach i wychyli się zanadto.
Tak właśnie ucieka od problemów? Tak ty byś uciekała. Przez ciało przechodzi dreszcz rozgrzewając rdzeń kręgosłupa. Ta przyjemna nieważkość, kiedy sunęłabyś z 14 piętra ku twardej ziemi, aby rozbić resztki swojej godności.
Naciągnęłam rękawy grubego, zielonego swetra po same opuszki. Światełka wiszące nade mną i odgłosy z wnętrza kawiarni dawały poczucie bezpieczeństwa, które traciłam patrząc na wysoką postać. Wycofał się. Zerknął za siebie na wypełnione stoliki. Byliśmy sami na tarasie, a dopiero teraz mnie zauważył.
Spomiędzy warg wypuściłam drżący oddech, który znalazł swoją formę w kłębiącym się, nikłym obłoku pary. W jednej chwili byłam mała. Za mała pod jego stanowczym spojrzeniem. Spojrzeniem pod którym kryło się tyle bólu. Bólu, który z chęcią bym zabrała. Zabrałabym do siebie.
Niepewnie wstałam opatulona w beżowy koc, w tym o wiele za dużym swetrze. Ujęłam kubek z gorącym kakao pomiędzy opuszki i ruszyłam w jego stronę.
-Wysoko- nie skomentował, więc wychyliłam się bardziej oceniając ile metrów dzieli nas od ziemi- ciekawe co to za uczucie.
-O czym ty mówisz...
-Nie mów, że się nie zastanawiałeś.
Zacisnął mocniej szczękę. Bez zastanowienia podałam mu kubek odwracając się tyłem do barierki. Umieściłam dłonie na chłodnym tworzywie i podskoczyłam siadając na niej. Niech mnie diabeł weźmie jeśli się nie bałam w tamtym momencie. Włożyłam dla bezpieczeństwa nogi pomiędzy pozostałe rurki, odbierając od niego gorącą czekoladę.
-Ten wiatr w włosach, na pewno słyszałbyś ostatnie bicia swojego serca. Adrenalina buzowałaby ci w żyłach, rozsadzając je bardziej niż mroźne, zimowe powietrze- zaśmiałam się cicho niczym jakiś postrzelony psychopata... co ja pieprzę?
Cisza. Przypatrywał mi się dokładnie. Odbierał mi całą pewność siebie, której i tak miałam w sobie tak mało.
-Nie myślę o samobójstwie- skwitował wyrywając mi kakao, spoglądałam z zaciekawieniem na jego ruchy. Odłożył delikatnie naczynie na szerokiej krawędzi doniczki.- Ty też nie powinnaś.
Pisnęłam kiedy wsunął silne ręce pod moje boki sprowadzając mnie na ziemię. Poprawił opadający na jedno ramię sweter i na nowo nałożył na barki beżowy koc. Nawet z jego pomocą straciłam równowagę kończąc przyklejona do jego klatki piersiowej. Napiął mięśnie. Wyczułam to dokładnie, jakby jakikolwiek większy kontakt sprawiał ból rozgrzanego spoiwa.
Zamarł.
Odskoczyłam w tył przepraszając, od razu skupił się na widoku.
Nad miastem rozciągała się jasna poświata delikatnie przechodząca w granat nieba. Pojawiły się już pierwsze gwiazdy zapierając dech, gdy mocniej zadarło się głowę do góry. Nie przeszkadzał mi chłód... nawet kiedy nie czułam już nosa i byłam święcie przekonana, że zazwyczaj blade policzki owiały się czerwienią.
-Zastanawiałaś się kiedyś jak to jest przegrać wszystko?- mruknęłam na znak, że go słucham. Nie chciałam odpowiadać teraz. Nie chciałam... Nie znałam go, a tak bardzo chciałam mu powiedzieć, że rozumiem. Wiem jak to jest. Jak jest przegrać wszystko... nie mówię tutaj o materialnych rzeczach, ale o czymś ważniejszym... ludzie, człowieczeństwo, bezpieczeństwo. - Jak to jest nie mieć siły wstać...
-Nienawidzisz samego siebie, a dni stają się takie same... wieczna monotonia. Kończysz co noc w innym łóżku, albo gapisz się przed siebie na tarasie hotelowej kawiarni. Nie masz poczucia czasu, mało śpisz, nic nie jesz...- kostki na jego zaciśniętych dłoniach pobielały- chyba coś tam wiem.
Milczeliśmy. Cisza była piękna, taka spokojna, wydawała się być oddalona od nas tysiące mil stąd. Pod nami rozciągał się Londyn. Uliczki pomimo późnej godziny nie pustoszały, gdzieniegdzie słychać było głośną muzykę, ruch samochodów... Ale dla nas liczyła się ta cisza... znana tylko nam. Tylko nam, tylko w tym momencie, tylko w tej chwili.
-Spieprzyłem kilka ważnych spraw- westchnął unosząc głowę- i nie mam pojęcia jak je naprawić, od czego mam zacząć.
Był zagubiony... i to mnie przerażało. Też taka jestem. Przy nim czuję się taka jeszcze bardziej. Bardziej podatna na każdy najdrobniejszy gest, szept, słowo.
-Zacznij od końca- szepnęłam szukając błekitu jego tęczówek.
Patrzył prosto na mnie, wyższy o kilkadziesiąt centymetrów, z rękami spoczywającymi już głęboko w kieszeniach odpiętej bluzy. Z smutkiem stwierdziłam, że moja gorąca czekolada jest już zimna. Zabrałam bez przekonania kubek i ruszyłam do środka pozostawiając nieznajomego samego z swoimi myślami. Zanim jednak przekroczyłam próg szklanych drzwi...
-Może pora przestać uciekać? Stanąć i zacząć coś robić w innym kierunku. Zacząć zdobywać powody dla których warto wstawać z łóżka? Może i jestem zwykłą nieznajomą, ale rozumiem, że każdy ma swoje problemy. Wierzę... - wdech- wierzę, że ty swoje rozwiążesz, że znajdziesz sposób, aby wszystko wróciło na swoje własne, właściwe miejsce. Jeśli nie wierzysz, że może ci się udać... Pozwól mi wierzyć, że jednak dasz radę. Daj mi powód dla którego mogę wstawać co dzień.
Cisza. Posłałam mu jeszcze słaby uśmiech zapamiętując dokładnie zielone kocie oczy. Odstawiłam niedopite kakao na ladzie dziękując kasjerce za napój i ruszyłam w stronę windy.
Nim zdążyłam się zorientować był obok. Ściskał pomiędzy palcami moje nadgarstki. Był taki słodki w smaku, miał tak samo zimny nos. Z tej odległości mogłam nawet dostrzec delikatne piegi. Przelotnie zetknął razem nasze usta, ale poczułam miękkość tych warg. Ten niepokój oddawany tym słabym dotykiem. Ten strach i ból w oczach i drżącym ciele.
-Dziękuję.
Usłyszałam za sobą dźwięk windy, poczułam jak delikatnie wpycha mnie do jej środka, po czym natychmiastowo zamyka przyciskiem drzwi. Zanim do końca się zamknęły zdążyłam jednak wyszeptać swoje imię. Nie byłam do końca pewna czy usłyszał, ale zauważyłam podnoszące się ku górze kąciki warg. Tak słodkich i miękkich.


 ~J